Nie wszystko złoto, co się świeci

Opublikowane w Szydełkowanie przez dnia 14 października 2016 30 komentarzy

Małe, lokalne pasmanterie potrafią czasami zaskoczyć. O tym, czy na pewno w pozytywnym tych słów znaczeniu, za chwilę będziecie mogli przekonać się sami. Wszystko wydarzyło się kilkanaście lat temu, w zamierzchłych już, przedmałżeńskich, a nawet przed narzeczeńskich czasach.

Mieszkałam jeszcze wtedy z Rodzicami na warszawskim Gocławiu. Pewnego dnia wybrałam się na mały rekonesans do lokalnego przybytku dziewiarskiego i krawieckiego szczęścia. Miłe starsze panie, prowadzące sklepik, na pytanie o nici i włóczki do szydełkowania, zaprowadziły mnie do osobnego pokoiku, od podłogi po sufit założonego kłębkami, motkami i szpulkami we wszystkich możliwych kolorach. I bez problemu pozwoliły mi spokojnie pobuszować w tej istnej jaskini skarbów.

Zabrałam się więc czym prędzej do metodycznego przetrząsania kolejnych półek, koszy i zakamarków. Niby mnóstwo wszystkiego, ale jakoś tak znikąd nie słyszałam wołania, by zabrać ze sobą ten czy ów kłębek. I nagle w rogu regału zauważyłam coś przyjemnie błyszczącego. Okazało się, że to całkiem spora szpula delikatnej nici w pięknym odcieniu starego złota. W sam raz na elegancką serwetę.

Uradowana podreptałam więc ze swoim łupem do kasy, a wróciwszy do domu czym prędzej wzięłam się do pracy. Wzór wybrałam klasyczny, z moim ulubionym motywem filetowych róż. I tu kończy się romantyczna, snuta niczym złota nić opowiastka, a zaczyna prawdziwy dziewiarski horror…

Świeżo zakupiona nitka już od pierwszych oczek okazała się bowiem upiorna w obróbce. Haczyk dobranego do niej szydełka o grubości 0,9 mm obejmował ją jedynie kiedy była mocno napięta. Gdy tylko ją poluzowałam, natychmiast rozsypywała się na pojedyncze, cienkie niczym włos niteczki. Szydełko grzęzło w nich, szarpało je i zawzięcie plątało w istny węzeł gordyjski.

Ale ja jestem uparta z natury i nie zniechęcam się tak łatwo. Poza tym wiedziałam, że jeśli odłożę tę robótkę do niesławnego kuferka, to prawdopodobnie już nigdy do niej nie wrócę. Poza tym złoty blask kolejnych mozolnie wydzierganych milimetrów, a potem centymetrów kusił zbyt mocno…

Po wielu tygodniach zmagań złota jesienna serweta wreszcie powstała. W ostatnim okrążeniu dodałam jeszcze drobne koraliki w odcieniu miodu. Owa fatalna nić w praniu o dziwo nie sprawiała problemów. Niestety, okazało się, iż żelazko, nawet ustawione na najniższą temperaturę, bardzo jej szkodzi. Prasuję ją więc jedynie przez gruby ręcznik, bo inaczej po prostu stopiłaby się.

Czy Wy również macie w swoich dziewiarskich lub w ogóle w rękodzielniczych biografiach podobne spektakularne wpadki? Udało się Wam ukończyć takie kłopotliwe robótki? Obłaskawiliście fatalne materiały, czy jednak polegliście, a wątpliwe zdobycze poszły w najciemniejszy kąt?

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł, możesz go polubić, skomentować i/lub polecić znajomym. Dziękuję!

Tagi: , ,

Komentarze (30)

  1. Fabryka pisze:

    Polegliśmy, i to nie jeden raz…

  2. ostatek pisze:

    Czy poległam? można by powiedzieć, że stary polegawiec jestem. Na złotej nitce też leżałam… jak długa i szeroka. A tak pięknie mieniła się w zwoju, tak kusiła by z niej anioła wydziergać. Wydziergałam, klnąc wcale nie anielsko i rzucając szydełkami. Dalej było tylko gorzej. Ługa, krochmal, cukier, złoty blask nitek zamieniały w kolor ścierki. 😀

    • Arachne pisze:

      Oj, to możemy sobie ręce podać nad tymi zwodniczo błyszczącymi motkami… 😉 Ja serwety nawet nie próbowałam krochmalić, chcąc jak najszybciej zakończyć tę serię katastrof.

  3. Elżbieta Machecka pisze:

    Oj mam takie pudło wstydu, leży sobie i wstydzi się.Ale Ty nie masz czego się wstydzić, serweta jest boska. Barokowe złoto mieni się we wzorze z róż okazałe przepychem. Piękna jest. I jest pewne, nikt takiej nie ma.

    • Arachne pisze:

      Dziękuję bardzo. 🙂 Zazwyczaj nie zwierzam się za bardzo i nie marudzę, ale muszę się przyznać, że jakaś „jesienna deprecha” (jedno z ulubionych sezonowych powiedzonek mojego męża) mnie łapie. Miód tej pochwały spłynął więc na moje serce w dobrym momencie.

  4. Efekt końcowy jest powalający, więc myślę, że było warto przeżyć ten mały horror 🙂 Serweta jest bajeczna, chapeau bas 🙂

  5. IwoN(IT)KA pisze:

    Piękna, Twój trud się opłacił, ja jeszcze nie trafiłam na taką włóczkę, ale mam w podobnym kuferku jedną pracę i najprawdopodobniej zostanie spruta, bo już leży i leży, a im dłużej leży, tym mniej mi się chce ją robić 😛

  6. kati k pisze:

    Serweta jest wspaniała !
    Ja mam taką … rozpoczętą spódnicę z Kartopu Nubuk …. staram się na razie o niej nie pamiętać 😉

  7. Agnieszka pisze:

    Horror z dobrym zakończeniem, serweta wygląda fantastycznie!
    Kilka spektakularnych wpadek popełniłam, i nie zawsze była to wina materiałów 😉

  8. Margotka pisze:

    Mimo wszystko wyszła bardzo ładnie !!!

  9. Robiłam 3 komplety serwet w kolorze starego złota i szarego srebra…w samej robocie były fajne (tzn nie rozwarstwiały się ) ale nitka skręcała się podle….kiedyś chciałam udowodnić (chyba sobie głównie) że da się i robić z nici maszynowych…wybrałam trzy odcienie zieleni nici syntetycznych i ruszyłam do boju…Dzięki uporowi skończyłam tą serwetkę – ciągnie się jak guma arabska we wszystkich kierunkach-środkiem wybrzusza i w ogóle nie nadają się do demonstracji….zostawiłam ku pamięci – żeby już nigdy mnie nie podkusiło…☺

    • Arachne pisze:

      Myślę, że w pracy z tzw. trudnymi nitkami wiele zależy również od wzoru i samego sposobu dziergania, bo przecież każdy ma trochę inny. Ja z syntetycznych nici maszynowych robiłam jedynie mały naszyjnik w postaci filetowej siatki rozpiętej na drucianej ramce. Na szczęście nie sprawiał wielkich kłopotów.

  10. Małgorzata Dobek pisze:

    Cudowna, i kolor i wzór.

  11. Ewelina Smak pisze:

    Piękna. I wzór i kolor i wykonanie.

  12. Agnieszka Tama pisze:

    Serwetka piękna. 🙂

  13. Ewa Wiączek pisze:

    Cudna!!! Warta zachodu. 🙂 🙂

  14. Beata Fabjańczyk pisze:

    Śliczna. Też taką mam.

Zostaw ślad po sobie!